S-CKIEMU
i zmartwiony Wittgenstein w dziewiątym roku po opracowaniu
granic języka i świata, asystujący z angielska przy zawiłym
porodzie na jakimś półwyspie, w przestronnych ciemnościach,
pośród syku rozkołysanych żyrandoli, z których cieknie olej.
Bo zrobił już wszystko, co było do zrobienia. No prawie że.
Porodów jeszcze nie odbierał. I przydał mu się spory kapitał
umiejętności. Nieźle inwestował. Deficyt intelektu przenosił
z roku na następny. Zaprocentowało lenistwo. Dzieciak nie
wypadł mu z rąk. Po prostu traf. Z rękami na skroniach siadywał
na oberwanej skarpie. A bór nawoływał: no chodź. Zakręcał
więc whisky i szedł ze spuszczoną głową. Depcząc po śladach
mijał bagnisko naszpikowane szkieletami potopionych jeleni.
Kopce torfu. Potem długo, długo nic. Nic poza wrzosem yardleya.
Jeden z tych tekstów, które w dobrym czasie powstały pod wpływem odosobnionej dialektyki. Mowa o tym napastliwym wrażeniu wycikowości, spotęgowanym dodatkowo przeświadczeniem o niebezpieczeństwie, jakie niosą za sobą "Widzenia na prerii Midwestu". Dlatego sytuacje podmiotów z obu wierszy cechuje w jakimś sensie mocne, ale bardzo nieskuteczne postanowienie poprawy. Oba podmioty stawiają też uparcie na przewlekły autobiografizm łatwiejszy do zrozumienia po przeanalizowaniu nieudanych przyjaźni, jakie ich dotknęły, niż w każdym innym przypadku lub odmianie życia. W podobny sposób można podchodzić do wierszy pt.: "S-kiemu", "H-owi" oraz "P-dle". [S-ckiemu, Lida, s. 30]
KOCHAJCIE SIĘ
dziecka ani żadnej rzeczy, która jego
jest lub ma kiedyś być. Ładne kwiatki.
Jednak lecim sobie saniami pospołu.
Ja, Lukrecy, Lewiatan i Róża od kota.
Ksiądz opiekun nie dotarł na zbiórkę.
Odjedźcie zatem na stronę Lukrecy,
zwierzyny nie płoszcie, a ty, Róża,
chodź bliżej. Zrobimy zaraz w futrach,
kożuchach ponurą dziewczynkę
z cyfrowym warkoczem, o spojrzeniu
spod wąskiego czoła, którą chwycę
za rączkę i wprowadzę w serwer,
jak nakazywano w instrukcji obsługi.
Potem może pod czwórkę w telefon.
Niech wie, że jest dokładna odbitka,
prawie ksero, niech rogata gwiazda
goreje gdzieś w tle, kiedy będę tłukł
w oczach te kody, klucze i zachodnie
kształty. Nie ma czasu na kaprys
lub na celowanie w znak raka, byka,
jelenia czy traszki, który nam podawał
znajomy astronom z pułapu drabiny.
Jestem wielkim naczelnym pszczelarzy.
Mogę zlecić podwładnym kupno
nowej rzeczy, najlepiej przedmiotu,
który będzie w zamian przywodził
na myśl dmuchawę lub wspomnienie
dyngusa, długotrwałe polewanie
z blaszanego wiadra pod szalony wiatr.
Kiedy w końcu zlecę, stanie u ruchu
każdy ogarek. Nakręcim dokładnie
maleńki zegarek. Spadnie jakiś grom.
Sanie się rozpadną od dygotu bioder
i pukania serc. Cały szwadron kolegów
od pasiek zacznie zakładać rodziny
bez wiedzy adiunktów i najlepszych
panien do tańca, różańca i ziewu.
Wszystkie będą już mocno zamglone,
wypite, jak Lewiatan, poniesione,
jak oczko w pończochach, w górę,
w kierunku miednicy, żeber i warg.
Lecz tylko Róża bez śladu rumieńca
powróci do siebie, a sukienkę jeszcze
długo zostawi zadartą, bo kolano
musi się obcym podobać, przypadać
do gustu i zapraszać słońce do odkryć,
wzbudzać pasma uczuć albo zwodzić.
Może nam się powieść, wielki smutny
borze, słoju miodu, zbyt jasnej żywicy.
Ale trzeba rogu do tego, sygnału zza
grobu, psów gończych, wąchania tabaki.
Mogłoby się wydawać, że odniesienia nie są tak oczywiste, że trzeba się bez przerwy odżegnywać od minionego i już uchwyconego w literaturze, ale nie tym razem. Perspektywę sytuacji lirycznej zakreśla już pierwsza linijka, która ma odbijać się echem jeszcze długo po jej skonsumowaniu. Historia przecież banalna: on, ona, ten trzeci i czwarty, zwykłe ludzkie odruchy i jawne pragnienia uwidaczniające się w trakcie niezobowiązującej przejażdżki w niskich saniach. Emocje, zdolne wyciągnąć z najgorszego, zazdrość zdolna pogrążyć oraz żal. Po prostu: dyplomatyka i łowy. Innym razem być może rozległe stacje i pojemne stancje. W epilogu do wiersza, który kiedyś powstanie pojawią się całkiem nowe rekwizyty: rozgrzane kołdry, poduchy oraz nowi awanturnicy, przywracający Różę do dawnych łask. [z przygotowywanych "Sampli"]
OWALNE POSIŁKI
Parsknięcia dobre na krew jak bieżąca
woda. Psujesz się od głowy, rybeczko.
A jatka taka, że nie chciałabyś wiedzieć,
gdzie można skończyć. Po prostu szok,
krótki jak drgnienie obrazu w kreskówce.
Śnieżenie, zamiast przerw w programie.
Jakbyś wręcz połknęła ampułkę szaleju.
Fragmenty dowcipów, świńskich puent.
Jeszcze zobaczymy. Poległem na tobie.
Od niedzieli nie uświadczyłem porządnego
skrawka nieba, choćby śladowej ilości
błękitu. To mnie gryzie. I miałem szybki
sen z twoimi włosami. Były wzburzone,
jak ocean. Adam też coś o tym wspominał.
Ale jego były o wiele bardziej. Wymskło
mi się. Tak się chyba mówi? Teraz jestem
już jakby prawdziwym mężczyzną. Robię
stylowe motłochy. Ćwierkam na twój temat.
Mam to po mamie. I mogę się nabawić
egzotycznego choróbska, gęstej wysypki,
prawie że tłustego wydruku na skórze. Już
widzę ciąg napisów: witamy w naszej bajce,
witamy, zrobimy swoje i już nas nie ma.
Obraz stworzę od nowa na podobieństwo.
Jakoś ostatnio nie mam cię w kontaktach.
Z tekstem wiąże się wiele osobnych, nieprzystających do siebie obrazów. Powstawał w chwilach żmudnego ustalania nowych miejsc dla sprzętów zniszczonych przez ludzi. Jak każdy wiersz jest prawdopodobnie próbą opisu normalnego świata i miast, które w swoim czasie poddźwigały się w deszczu, a był to czas, kiedy cała Polska czytała dzieciom instrukcje obługi wiatraka. Puenta wiersza odsyła w strony dosyć odległe, które wierszowi do pewnego momentu były obce. Tekst powstał przy niewielkim współudziale Edwarda Pasewicza. Udowodnił on, że dekompozycja tej rzeczywistości poetyckiej nie jest rzeczą aż tak bardzo skomplikowaną. Trudności zaczynają się jednak zawsze przy jakiejkolwiek próbie syntezy czy wysiłkach zmierzających w kierunku szeregowania i porządkowania tzw. "momentów". Teraz puenta chyba jednak wyglądałaby inaczej. Np. tak: "Możesz mnie zobaczyć w sklepie z antykami", ale ona trafiła już w inne miejsce. W lepszy czas i bezwarunkowo cięższe pieniądze. [Owalne posiłki, Habitat, str. 56]
